113 rozmowie

Lalka dla odważnych

Tego dnia pierwszy przyszedł pan Klejn (mizerny, o posiniałych ustach), pracujący na stanowisku przy sprzedaży porcelany. Wolny czas wolał poświęcać na leżenie na łóżku i wpatrywanie się w osobiste zakratowane okno. „I tak się to zaczęło…” Rzecki wspomina, iż sklep Niemca zawsze mu się podobał, ilekroć ciotka go po coś do niego wysyłała: „biegłem po sprawunki i patrzyłem na okna wystawowe”. Pan Tomasz utrzymywał już tylko kontakty z familią, a córka odwiedzała tylko hrabinę Karolową. Każde jej życzenie czy marzenie było spełniane w tej samej chwili. Wpatrzył się całkiem dobrze w jej rozmarzone oczy i nie wiadomo skąd przypomniał sobie niezmierny spokój syberyjskich pustyń, gdzie bywa niekiedy tak cicho, że niemalże słychać szelest duchów wracających ku zachodowi. Czuł jedynie, że stała się ona jakimś mistycznym punktem (…)”. Mimo wstawiennictwa Rzeckiego, Wokulski był nieugięty i na wolne miejsce przyjął pana Ziębę. Dziewczyna w okamgnieniu wahania zgodziła się i w zaciszu pokoju pana Ignacego opowiedziała nowopoznanemu mężczyźnie historię swojego życia. W towarzystwo arystokratyczne wprowadził go pan Łęcki, przedstawiając śmietankę towarzyską Warszawy. Jego bitewną przygodę zakończył upadek węgierskiej twierdzy. Pan Ignacy otrzymał od Stacha lokal przy nowym sklepie, w którym zainstalował zgromadzone przez lata przez subiekta bibeloty związane z francuskim rodem cesarskim. Po pożegnaniu i powrocie ze spaceru, w trakcie którego nie spotkał obiektu swego uczucia, Wokulski znalazł w mieszkania list od pani Meliton. Pani Meliton informowała, iż pan Maruszewicz, znajomy skłóconego małżeństwa, ma zaproponować Stanisławowi zakup zwierzęcia, ulubieńca panny Łęckiej.

Wahała się między podziwem dla jego niespożytej energii, odwagi i zapału, a z drugiej strony pogardą dla jego kupieckiej profesji. Nie potrafiła zrozumieć, jak potrafił zjednywać sobie ludzi. Przed kilku laty Łęcka była w nim zakochana, zresztą ma możliwość aktualnie również… Aktualnie przyjechał do Warszawy na występy i choć obiecał odwiedziny, czekały cztery godziny na próżno. Na te słowa podniecona dama także nabrała preferencje do zagranicznego wojażu. Łęcka rozprawiała o Rossim, niedocenianym poprzez Warszawiaków wielkim artyście. W końcu i Ignacy musiał pójść, ponieważ Wokulski go poprosił, aby w antrakcie spektaklu wręczył aktorowi Rossiemu album z widokami Warszawy. W pamięci utkwił mu w szczególności pewien epizod związany z poznaniem Stacha: gdy kiedyś, na zaproszenie kipera, zszedł do jego piwnicy, pierwszy raz ujrzał tam Wokulskiego z ojcem (wydającym wszystkie pieniądze na proces, twierdząc, że odzyska znakomita po dziadku). W efekcie nawet jedna osoba nie chciał przyjąć go do pracy: „Kupcy nie dali mu roboty, gdyż był uczonym, a uczeni nie dali mu także, ponieważ był eks-subiektem”. Ponadto dowiedział się, że przecieka dach oraz, że nikt nie wywozi śmieci. Geist pokazał Wokulskiemu swój wynalazek – metal lżejszy od powietrza, co bardzo zafascynowało bohatera. Opowiadał o niedzielach, gdy do prezesowej zjeżdżało się bardzo dużo gości. Fachowcowi poprzedniego roku spaliło się gospodarstwo z warsztatem, a aktualnie razem z matką mieszkał w ogrodowej chałupie. W czasie Wielkiego Postu do Warszawy przyjechał słynny skrzypek Molinari. Po doniesieniach przyjaciela o listownym szkalowaniu kobiety, Wokulski wysłał Rzeckiego z propozycją. Gdy zachorowała siostra pana Tomasza, mieszkająca w Krakowie, Łęccy zaproponowali bohaterowi wspólną podróż koleją w odwiedziny do chorej. Gdy sklep został przejęty poprzez Henryka Szlangbauma, pan Rzecki nie widział już dla siebie miejsca w gronie nowych subiektów.

[58] [59] [60] [61] [62] [63] [64] [65] [66] [67] [68] [69] [70] [71] [72] [73] [74] [75] [76] [77] [78] [79] [80] [81] [82] [83] [84] [85] [86] [87] [88] [89] [90] [91] [92] [93] [94] [95] [96] [97] [98] [99] [100] [101] [102] [103] [104] [105] [106] [107] [108] [109] [110] [111] [112]